Fot. Paweł Kozioł / AG
Palikot raz jeszcze apeluje do premiera i mówi rozsądnie - tym razem popieramy go.
Już kilka razy pisaliśmy, dlaczego Donald Tusk nie powinien kandydować na prezydenta. Ale powtórzymy to raz jeszcze: na horyzoncie nie widać lepszego następcy obecnego premiera - takiego, który umie jednocześnie utrzymać porządek w partii i odpowiednio "sprzedać" Polakom aktualną politykę rządu.
Najpoważniejszy kandydat na posadę po Tusku - Grzegorz Schetyna - ma, co prawda, odpowiedni dorobek polityczny i zaplecze w samej Platformie, ale wyborcy nie kupią go tak łatwo jak kupują Tuska. Schetyna jest po prostu słabszy PR-owsko i nie ma umiejętności uspokajania i przekonywania ludzi. A będą one Platformie w 2010 i 2011 roku potrzebne jeszcze bardziej niż teraz. Obecnie bowiem przeciwnicy PiS-u przyjmują do wiadomości, że to Lech Kaczyński blokuje reformy. A jeśli kandydat PO zostanie prezydentem - Platforma będzie musiała wykazać się konkretami, zwłaszcza, że do wyborów parlamentarnych zostanie tylko rok.
Nie ma zatem - na razie - odpowiedniego następcy Tuska, a jest za to dobry kandydat na prezydenta - Bronisław Komorowski. Mniej niż politycy rządowi uwikłany w partyjne gierki, posiadający odpowiednie cechy do reprezentowania Polski, gwarantujący wejście w życie reform, które zaproponuje Platforma. Z silnym wsparciem i kampanią pokona Lecha Kaczyńskiego.
Jedynym na razie politykiem PO, który to dostrzega i nie boi się głośno o tym mówić, jest Janusz Palikot. - Chyba wszystko na to wygląda, w sensie Tusk na prezydenta. Znaczy ubolewam, jak pan wie, wolałbym, żeby tak nie było. Ale pewnie tak się jednak stanie, taka jest większość na rzecz tego rozwiązania - mówił dziś po raz kolejny, tym razem w "Kontrwywiadzie " RMF FM.
A może Rostowski, a może Bielecki... Co jeszcze wymyślą?
Palikot przyznał też, że to - oczywiście - Schetyna ma największe szanse na schedę po szefie. A scenariuszy trochę się już nagromadziło - co jakiś czas do mediów przeciekają nowe "informacje" z nieformalnych źródeł.
A to podobno Platforma rozważa kandydaturę Jana Krzysztofa Bieleckiego, a to Jacka Rostowskiego ze Sławomirem Nowakiem na czele partii. Palikot: - Jest zapotrzebowanie na to, żeby zajmować się takimi sprawami. Co pewien czas ktoś coś wrzuca z niby jakiegoś nieformalnego źródła. Ponieważ jest głód takiego typu sensacji, to to się bardzo szybko rozwija. Ja uważam, że trzeba poczekać do lutego.
Czekać będzie trzeba, ale w Platformie powinni już teraz mieć jasny obraz sytuacji. Po wyborach prezydenckich nie będzie wymówek "chcieliśmy, ale nie mogliśmy". A do wprowadzania niepopularnych decyzji potrzebna będzie silny rząd z jak najpopularniejszym szefem. Bielecki byłby kolejnym premierem wyciągniętym z kapelusza - nawet, gdyby sprawdził się merytorycznie, ludziom nie spodoba się powielanie starych wzorców rządzenia z tylnego siedzenia. Choć jego wpływy są silne - to właśnie on polecił do rządu obecnego ministra finansów.
Z kolei sam Rostowski nie jest z Platformy i nie ma zaplecza, którego nie zapewni mu też Nowak na stanowisku szefa partii. Nowak to przede wszystkim kolega Tuska i za takiego uważany jest w Platformie. Gdyby nie to, nie byłoby go w rządzie - takie nieoficjalne komentarze łatwo usłyszeć w partii. Posłowie i lokalni działacze szybko zaczną mu się buntować.
Co innego Schetyna - polityk z doświadczeniem i silnym zapleczem, który jednak - naszym zdaniem - zostanie gorzej niż Tusk przyjęty przez wyborców i już samo to będzie powodem spadku poparcia dla Platformy.
Monika Margraf












