Rafał Świderski/Agencja Gazeta
Czy to tylko polityczna gra Donalda Tuska, czy PO czuje się na tyle silna, że gotowa jest wreszcie zmienić to, co się w Polsce zupełnie nie sprawdza?
Podczas dwudniowej konferencji podsumowującej dwa lata rządu, Donald Tusk zaproponował zmianę konstytucji, polegająca na ograniczeniu władzy prezydent a na rzecz premiera oraz zmniejszenie parlamentu i zmianę ordynacji wyborczej.
Pomysł zgoła inny od forsowanego przez PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego opowiada się bowiem za wzmocnieniem roli prezydenta, tak że głowa państwa mogłaby prawie wszystko (rozwiązać Sejm na początku kadencji, każde swoje weto poddawać pod ogólnokrajowe referendum itp.).
To, że Donald Tusk może grać pod siebie, sugeruje propozycja, by już w 2010 r. prezydenta wybrało Zgromadzenie Narodowe. Dzięki większości w Sejmie i Senacie, prezydentem bez trudu zostałby kandydat PO, i na pewno nie byłby nim Donald Tusk, skoro kompetencje prezydenta byłyby już mocno ograniczone. Jeśli zmian nie uda się wprowadzić - co jest bardziej prawdopodobne ze względów formalnych - szef PO zapewne nie będzie się wahał, by wystartować w bezpośrednich wyborach prezydenckich.
Pomysł, by od nowa ułożyć relacje pomiędzy premierem i prezydentem pojawia się od czasu żenującej wojny o krzesła. PiS chce dać więcej władzy prezydentowi, a PO - premierowi. Warto nad zmianami dyskutować, choć wydaje się, że obecna debata bardziej dotyczy walki obu obozów politycznych. Jak słusznie zauważa "Dziennik", dopóki na polskiej scenie politycznej najważniejszymi graczami są bracia Kaczyńscy i Donald Tusk, to debata ws. zmiany konstytucji nie będzie dotyczyć ustroju, a wyższości jednej partii nad drugą.
zsz













