Fot. Robert Kowalewski / Wojciech Olkuśnik / Sławomir Kamiński
Skoro polski rząd proponuje casting na szefa unijnej dyplomacji, może zaproponuje też casting na następcę Donalda Tuska na fotelu premiera? Media od tygodni tym żyją.
Donald Tusk wciąż oficjalnie nie zapowiedział, że będzie kandydować w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Nie musi się śpieszyć, bo i tak jest zdecydowanym faworytem sondaży i swojej partii. Problemem nie jest to, że mógłby przegrać z innymi kandydatami, ale to że może mu się partia rozsypać lub straci nad nią kontrolę.
Zanim Tusk powie oficjalne "tak" swojej kandydaturze, musi najpierw przygotować grunt pod zmianę warty w rządzie i Platformie. A to - jak się okazuje - jest dużo trudniejsze niż zwycięstwo w wyborach prezydenckich.
Media od dłuższego już czasu spekulują, kto zostanie premierem, gdy Donald Tusk zostanie prezydentem. "Gazeta Wyborcza" twierdzi, że może nim być Jan Krzysztof Bielecki, "Dziennik Gazeta Prawna" sugeruje z kolei, że albo Michał Boni, albo Jacek Rostowski. Najpoważniejszymi kandydatami na szefa PO są natomiast Bronisław Komorowski i Grzegorz Schetyna.
Ze wszystkich pojawiających się nazwisk, najciekawiej brzmi propozycja, by funkcję premiera objął Michał Boni. Człowiek od wszystkiego w Kancelarii Premiera - od gaszenia pożarów w rządzie, spraw społecznych, planowania reform i długoterminowych projektów politycznych. Sprawny administrator, a nie polityk. Na dodatek niespecjalnie "medialny". Najlepszy kandydat.
Dzisiaj rozpoczyna się także szczyt unijny, w czasie którego europejscy przywódcy mają zdecydować, kto zostanie prezydentem UE, a kto szefem dyplomacji. Radosław Sikorski zaproponował, by przeprowadzić casting na te stanowiska. Po przedstawieniu przez kandydatów swojego programu, wygrywa ten, kto się spodoba jak największej grupie osób. Może Donald Tusk powinien pomyśleć o takiej formule przy wyborze swojego następcy?
zsz













