Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Mirosław Drzewiecki musiał odejść i "suwerennie" sam odszedł.
Tym razem minister sportu nie dał szans dziennikarzom, żeby znów go przepytali o aferę. Po ostatnim, fatalnym występie miał dość. Powiedział tylko, że podjął "suwerenną decyzję" i podał się do dymisji "ze skutkiem natychmiastowym".
Przy okazji zaznaczył, że nie będzie się rozwodził nad swoimi osiągnięciami. - Ja o tym mógłbym mówić godzinami - chwalił się. Typowa zagrywka - dobrze pracowałem, a przez mały detal - jakąś aferę hazardową - muszę odejść.
Potem zapewnił, że jeszcze wróci, jak tylko sprawa się wyjaśni. My raczej w to nie wierzymy, bo wielu tak mówiło, a tylko nieliczni powrócili.
Drzewiecki wolał sam odejść. To zawsze lepiej, niż bycie zdymisjonowanym. Wyborcy domagali się głów i je dostali, a Platforma ma teraz nadzieję, że sprawa powoli ucichnie. Opozycja marzy o czymś zupełnie innym. "Miro" odszedł, Zbigniewa Chlebowskiego odwołali, pora teraz na "Grzesia". Po nim zostaje tylko Donald Tusk.
Swoją drogą Ministerstwo Sportu ma pecha do szefów. Pierwszy z nich - Tomasz Lipiec - został aresztowany za korupcję. Potem przez krótki czas resortem rządziła Elżbieta Jakubiak. Ją z kolei zastąpił Drzewiecki. Ciekawe, kto będzie po nim?
prot
Czytaj również:













