poleć stronę wydrukuj podyskutuj na forum
Jakie były intencje? To wie tylko sam Miro. I Rysiu
Donald Tusk słabo rozegrał sytuację, a Mirosław Drzewiecki powielił błąd szefa. Lud tego nie kupi.
Konferencja, która miała uratować Mirosława Drzewieckiego przed usunięciem z rządu, bardziej mu zaszkodziła niż pomogła. Dziennikarze zasypali go gradem pytań i choć - wbrew pozorom - były to pytania w większości powierzchowne, Drzewiecki poległ.
Przekonywał, że "nie miał intencji" zmieniać artykułu ustawy o grach losowych dotyczącego dopłat i odpowiedzialność za pismo z prośbą do Ministerstwa Finansów zrzucił na swoich pracowników. - Możecie Państwo rozmawiać z tymi ludźmi - powiedział dziennikarzom.
Szef, który nie bierze odpowiedzialności za działania podwładnych i sprawia wrażenie, jakby ich nawet nie kontrolował? W dodatku szef-minister.
- Miro to ja - to jedyna rzecz, do której Drzewiecki się przyznaje. Ale nie przyznaje się już do rozmowy z Rysiem nt. dopłat. Choć - jak niechętnie powiedział - znają się dobrze: Rysiu był u niego w domu, polecał córkę do pracy w ministerstwie... Bo dziewczyna się marnuje.
Nawet ci, którzy uwierzą w wyjaśnienia Drzewieckiego, będę musieli przyznać, że w takim razie wplątał się w aferę, bo ma w ministerstwie zwyczajny bałagan. I umywa ręce zwalając wszystko na podwładnych.Czy ktoś poniesie za to konsekwencje? Drzewiecki: - Będę się nad tym zastanawiał.
Trochę podobnie lawiruje premier: najpierw przyjmuje wyjaśnienia Mira, potem każe mu się publicznie kajać uzależniając jego przyszłość od tego, jak owo kajanie się sprzeda. A gdy już wiadomo, że poszło słabo, robi konferencję prasową i zapowiada: we wtorek zobaczymy.
W oczach opinii publicznej potwierdza to tylko słowa komentatorów, którzy mówią, że Drzewiecki ma uprzywilejowana pozycję w rządzie iw Platformie. Potwierdza - zwłaszcza, jeśli przypomnimy sobie, za co odejść musiał Ćwiąkalski. Ale on nie był skarbnikiem PO i nie miał poparcia kolegów.
Monika Margraf
Czytaj też:


















