poleć stronę wydrukuj podyskutuj na forum
PiS chce nam zafundować wszechwładnego prezydenta
Fot. Gazeta.pl
PiS chce absurdalnie wzmocnić władzę prezydenta. Głowa państwa będzie mogła zrobić prawie wszystko łącznie z rozwiązaniem Sejmu na początek każdej swojej kadencji. To będzie jeszcze prezydent czy już król?
Skrócić kadencję Sejmu? No problem!
W swoim nowym programie PiS przedstawił projekt zmian w konstytucji, które prowadzą do dużego wzmocnienia władzy prezydenta. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy swojej kadencji będzie miał możliwość rozwiązania parlamentu. Prezydent jedną arbitralną decyzją będzie mógł przekreślić wolę wyborców.
Prezydent w razie wątpliwości będzie mógł poddać już przyjętą przez parlament ustawę pod referendum ogólnokrajowe. Jeśli obywatele odrzucą ustawę, to prezydent będzie mógł również w tym przypadku rozwiązać parlament. Zważywszy, że tylko w zeszłym roku Lech Kaczyński 13 razy wetował ustawy koalicji, to po ewentualnym wejściu tej zmiany w życie, referendum odbywałoby się pewnie co miesiąc. Uparty prezydent mógłby poddawać każdą ustawę pod referendum, żeby tylko zmienić skład Sejmu. Posłowie baliby się wtedy uchwalać cokolwiek, co nie spodobałoby się prezydentowi. Byłoby to swoiste liberum veto XXI wieku.

Czwórpodział władzy
Wzmocnieniu uległaby też funkcja kreacyjna prezydenta. Za zgodą Senatu nominowałby prezesa NIK-u i NBP. Prezydent byłby jednocześnie przewodniczącym Krajowej Rady Sądowniczej i do tego wybierałby część jej członków. Tym samym głowa państwa byłaby najważniejszą osobą we władzy sądowniczej. Zdaniem profesora Piotra Winczorka, byłoby to rozwiązanie paradoksalne: głowa państwa proponowałby kandydatów na sędziów, a potem ich zatwierdzała jako przewodniczący KRS-u.
Wg projektu PiS-u, prezydent nie będzie już jedną z części władzy wykonawczej, ale zyskałby pośredni wpływ na obsadę rządu. Mógłby np. odmówić nominacji premiera lub ministra, jeśli istniałyby uzasadnione przesłanki, że będzie on zagrażał interesom państwa.
To sprawi, że rząd będzie w rękach prezydenta
- skomentował Winczorek w rozmowie z PolitBiurem.
O tym, czy kandydat na premiera lub ministra zagraża interesom państwa, decydowałby prezydent. Co prawda, musiałby to konsultować z marszałkami Sejmu i Senatu, ale ich głos nie byłby wiążący. W ten sposób prezydent zyskałby decydujący wpływ na trzecią z władz - wykonawczą. Sprawując jeszcze kontrolę nad sądownictwem i mogąc terroryzować Sejm referendami, decydowałby w praktyce o wszystkim, co się dzieje w państwie. Stałby się wszechwładny.
Trybunał do remontu
Zmianom ma ulec również sposób funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego. O niezgodności ustawy z konstytucją mógłby orzec tylko większością co najmniej 2/3 głosów w pełnym składzie. Prócz tego w przypadkach, gdy nie ma całkowitej pewności, czy dana ustawa jest zgodna z konstytucją, Trybunał będzie miał obowiązek wydawać wyroki na korzyść ustawodawcy. Na ten zapis wpływ miały na pewno przegrane boje PiS-u z Trybunałem.
Zdaniem profesora Winczorka, PiS w swoich propozycjach jest niespójny. Partia Jarosława Kaczyńskiego proponuje w swoim programie zachowanie systemu parlamentarno-gabinetowego, a wzmocnienie władzy prezydenta kieruje nasz ustrój w stronę systemu prezydenckiego. - Z tego wyniknie jeszcze większy dwugłos, niż jest teraz - stwierdził Winczorek. Kompetencje głowy państwa w stosunku do rządu, jak zauważył profesor, byłyby większe od tych, jakie posiada prezydent USA. Być może więc PiS proponuje nam coś na kształt monarchii?
Michał Protaziuk
Czytaj również:













