fot. Adam Kozak / AG
Politycy PSL jak na dobrych gospodarzy przystało, potrafią zapewnić byt rodzinie. Dlatego masowo obsadzają swoimi krewnymi stanowiska w agencjach rządowych. Jako dobrzy przyjaciele dają również prace swoim znajomym. Jarosław Kalinowski odpiera te zarzuty. - Niektórzy ludzie rzeczywiście funkcjonowali gdzieś w obszarze PSL, ale nikt nie robił z tego tajemnicy - podkreśla.
O szczegółach obsadzania stanowisk przez PSL czytaj w artykule Posady Swoim Ludziom
Nie prawdą jest, że osoby zatrudnianie przez polityków z PSL swoje nominacje zawdzięczają przynależności partyjnej. Często równie ważną role odgrywają więzi krwi czy znajomości. Polityk ludowców nie widzi w tym nic niewłaściwego.
- Jeśli jedynym zarzutem jest to, że ktoś jest zatrudniony, a jest związany z PSL, to ja takiego zarzutu nie przyjmuję
- mówił dziś w "Radiu ZET" Jarosław Kalinowski.
Wicemarszałek sejmu zaznacza, że część zatrudnionych osób wygrało jawne konkursy. Co ma być głównym dowodem ich kompetencji. Jego brat, zdobył stanowisko poprzez konkurs, pokonując przy tym jednego konkurenta.
- Uznano, że miał lepsze kwalifikacje
- oznajmił Monice Olejnik z dumą.
Wydaje się, że zapomniał, że konkursy na stanowiska państwowe w Polsce są tak przejrzyste jak woda w Wiśle.
Ze słów Kalinowskiego wynikało, że nie ma żadnych problemów z nepotyzmem. Zatrudniani są tylko rzetelni ludzie. Jeśli tak, to dlaczego Marek Sawicki straszył dziennikarkę Gazety Wyborczej - która opisała praktyki PSL - słowami:
- Jesli pani opublikuje ten tekst, to ja zorganizuje konferencję i oskarżę panią o rasizm polityczny.
Wicemarszałek w rozmowie z Moniką Olejnik nie chciał się na ten temat wypowiedzieć.
prot











