Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Czyli o eksperckiej stronie PiS-u.
Niedawno Jarosław Kaczyński ogłosił, że eksperci PiS-u boją się ujawniać z powodów grożących im represji. - Socjologia operuje pojęciem "sankcji rozproszonej". Mogą mieć w swoich instytucjach różnego rodzaju kłopoty, a także kłopoty o charakterze towarzyskim - mówił prezes ok. dwóch tygodni temu w Polskim Radiu.
Dlatego opinia publiczna ze zrozumieniem i cierpliwie czekała na inaugurację działalności grupy. Mieliśmy nadzieję, że próba tym razem będzie udana - w lutym zapowiedzi też były huczne, a co z tego wyszło?
Jednak dzisiejsza "Rzeczpospolita" rzuca na ten problem więcej światła. Otóż eksperci podobno nie tylko boją się wszelkich skojarzeń z PiS-em , a zwłaszcza - przypięcia metki "eksperci PiS-owscy" - wiadomo, jakie konotacje ma ten przymiotnik wśród osób z wyższym wykształceniem. Nawet więcej: według informacji gazety, PiS po prostu nie wie, jak się za to zabrać. Być może popyt na ekspertów PiS-u jest, ale podaży nie widać. - Jeszcze do połowy września nie było nawet pomysłu, jak "toto" nazwać i co miałoby robić - anonimowy polityk PiS zdradza kulisy pomysłu na zespół ekspertów, którzy mieliby recenzować działania rządu.
Czytając, jak w PiS-ie uprawia się politykę (na biurku prezesa wyłączony komputer, telefony głownie w sprawach prywatnych, w trakcie ważniejszych wydarzeń włącza się telewizję - gdy jest się uprzedzonym), nietrudno to zrozumieć. Brak autentycznej interakcji z wyborcami, unikanie czytania krytycznych komentarzy i analizy tego, czego ludziom brakuje.
Zamiast tego: przeświadczenie, że najważniejsze jest to, co pokazuje telewizja. Że jak dzieje się coś ważnego i inni nam o tym powiedzą, włączamy telewizję. Stąd też codzienne zalewanie odbiorców konferencjami prasowymi, które polegają głownie na wyrzucenia z siebie żółci i wyjściu. Bez odbioru. I już wiemy, dlaczego nie ma pomysłu na "toto".
mar
Czytaj też:
"Nasi eksperci boją się represji"













